Co z tą pracą? Czyli impresje o pracy w Polsce.

sierpień 6, 2008 · 2 komentarzy

Co z tą pracą?

Czyli impresje o pracy w Polsce.

Wielu ludzi mówi, że Polska przeszła wielką transformację i rynek pracy wygląda prawie jak Disneyland. Jak dotąd nie miałem okazji się o tym przekonać. Po dosyć długim czasie pobytu za granicą w końcu przyjechałem spróbować do Krakowa. Siedząc na plantach, ćmiąc papierosa i kontemplując to wszystko, za czym tak tęskniłem – marzyłem, że znajdę tutaj jakieś sensowne zajęcie na miarę moich możliwości. Przecież Kraków to miasto kultury i sztuki, ludzi w dreadach, wyluzowania i wszechogarniającej wolności, która na pewno ma swoje choćby nikłe odzwierciedlenie na rynku pracy. Więc zacząłem szukać. Przez pierwszy miesiąc chodziłem jak lord na rozmowy, przyzwyczajony do angielskich stawek i angielskich warunków pracy i raczej o politowanie przyprawiały mnie propozycje pracodawców.

No nic, zgodziłem się w końcu, budżet mi szczuplał, chodzenie bez celu nawet z najlepszymi książkami pod pachą też bywa męczące. Jako, że jestem typowym melancholikiem, który jesienną porą siedzi na plantach, ćmi tytoń i czyta dramaty Witkacego, ucieszyłem się, gdy trafiłem na jakże przytulną i jesienną knajpkę w samym centrum Krakowa. Rozmowa kwalifikacyjna przypadła na dzień iście wilgotno-szary i świąteczny, w którym ulice były puste i tylko jakiś kundel i wiatr wałęsali się po opuszczonych węgłach. Tak tam trafiłem. Na początku zdawało mi się, że knajpa jest zamknięta – sugerowały to zabite dyktą drzwi – odszedłem więc na moment, aby zobaczyć jak to się wszystko przedstawia. Otworzyła kobiecina lat 28, karnacja koloru pleśniejącej ściany zdradzała wypalanie 2 paczek papierosów dziennie oraz „nocny tryb życia” – była to, bardzo miła i „kulturalna”, menadzerka. Zaproponowała mi pracę na ¼ etatu w papierach – w rzeczywistości mogłem pracować na całym etacie. Wiedziałem już, że jest to stała praktyka oszczędzania pracodawców w tym mieście. Oprócz tego miałem dostać procent od sprzedaży alkoholu, stawkę 5 zl/h plus napiwki.

W środku było bardzo nastrojowo: kominek, przyćmione światło, wszystko z drewna.

Pracowało się fajnie, nocne zmiany, grzane wino, gdy za oknem szalał jesienny chłód, wieczorne rozmowy z ludźmi, których nigdy bym nie poznał. Opowieści o duchu zamieszkującym tą knajpę i palące się w kominku drewno wprawiały w bezpieczny, domowy nastrój, doprawiając go szczyptą baśniowej niesamowitości. W pewnym momencie lubiłem tam przychodzić. Współpracowników miałem fajnych. Jednym z nich był Kacper – rok wcześniej skończył genetykę (czy coś w „ten deseń”) na Uniwersytecie Jagiellońskim – po studiach trochę „kelnerzy” – zrezygnował. Mówił, że miał dość gastronomii i upokorzeń. Trafił tutaj, jak ja, z przypadku – lubił „zachlać” z kolegami u nas w knajpie. Był w nim jakiś smutek i nigdy nie wiedziałem czy on po prostu taki jest czy tak działa na niego chroniczny brak pieniędzy. Był szczupłym, czarnowłosym okularnikiem z roztargnionym wyrazem twarzy i poczuciem ciągłej nieobecności, był też wrażliwym i inteligentnym kompanem do rozmowy. Kiedyś podchmieleni rozmawialiśmy o tym, dlaczego poszedł na genetykę. Odpowiedział, że chciał upiększać świat, nadać mu więcej kolorów. Kiedy ze mną rozmawiał zajmował się kładzeniem kostki chodnikowej i dorywczą pracą w knajpie. Nie mógł się z tego utrzymać, wyjechał do Irlandii – udało mu się dostać tam na studia doktoranckie.

Janek (szef knajpy) był twardym a zarazem wyluzowanym „mężczyzną marlboro” – a przynajmniej za takiego chciał uchodzić w oczach wszystkich, co wychodziło mu raczej słabo. Chyba, że chodziło mu o tych „mężczyzn marlboro”, którzy umarli na raka. Znany był z tego, że lubił wypocząć i pojechać na wakacje nie informując o tym nikogo, nie wspominając o wypłaceniu gaży dla pracowników. Raz zrobił sobie miesięczną wycieczkę do Niewiadomo Gdzie, zaś cała załoga została bez pieniędzy i bez pracy. Rano zamknął knajpę i wyjechał. Miałem okazję przekonać się o jego nieodpowiedzialności i chyba po prostu bezmyślności, gdy bez mrugnięcia okiem „nakazał” zaryzykować zdrowie klientów swojej knajpy. Pewnego dnia postanowiłem poszukać sprawcy potłuczonych butelek, poprzegryzanych kartoników z sokami i notorycznie kradzionych paluszków. Sprawca sam mnie znalazł, skacząc mi na nogawkę – był to sporych rozmiarów szczur. Szefa poinformowałem o śladach szczurzych zębów odciśniętych w znajdującym się w stosownym naczyniu cukrze – ten spokojnym i opanowanym, a jednocześnie wyrażającym zadziwieniu z powodu mojego nieukrywanego szoku, tonem oświadczył, że mam ów cukier podać klientom…

Coraz częściej wpadał stary skład pracowników knajpy, dziwiąc się, że w ogóle mamy piwo i zakładając się o to, ile jeszcze wytrzymamy.

Wszystko szło jeszcze w miarę sprawnie do momentu wypłat, kiedy „okazało się”, że wszyscy mamy manka – co było ponoć sprawdzoną praktyką szefa na pokrywanie strat knajpy: Jedna z dziewczyn się popłakała – miała sporo długów i mamę na utrzymaniu… Połowa ludzi się zwolniła, zaś ja straciłem wszelkie nadzieje co do przyszłości w tym klubie. Nie wypłacono nam procentu od sprzedaży alkoholu, mimo, iż było to zagwarantowane w umowie. Jak mówił szef: jesteśmy rodziną, odpowiedzialność ponosić musimy wspólnie. Rodzina rodziną, ojciec po wszystkim pojechał na wakacje.

Pierwsze koty za płoty, pomyślałem – może to pomyłka, czasem można źle trafić. Drugim pracodawcą był Pan Tadek vel Tadeczek czyli bliżej niezidentyfikowana postać, mały, ryżawy trzydziestoparoletni facecik przypominający cinkciarza lub bazarowego biznesmena. Były student europeistyki w Krakowie.

Przy pierwszej naszej rozmowie wszystkie śrubki wypadły mu z dłoni, mówił nerwowo i cały czas zgrywał chojraka, rozkraczając nogi to znów je łącząc w jakichś całkiem niepotrzebnych nerwowych spazmach. Tadek lansował przysłowiowy zapierdol, jednak wiedziałem, że pracując u niego, będę mógł opłacić kolejny semestr studiów. Mogłem zapomnieć o wszelkiej dekadencji i fajeczkach na Plantach. Oddając się rannemu chodzeniu po dachach obserwowałem budzące się miasto, rozcierałem zziębnięte ręce i słuchałem jak to „jebane urzędasy wchodzą do ciepłych biur a sekretarki z ochotą obciągają swym szefom”. Wszystko to było dla mnie całkowicie nowe i obce. Wiedziałem, że i tak mam programowo przechlapane: moje ręce nie przypominały szpachli, nie kląłem co drugie słowo a na dodatek jeszcze coś tam studiowałem. Pewnie pedał, student, lub co najgorsze – „inteligent”. Męczyło mnie udawanie rasowego budowlańca, męczyły mnie ich żarty. Nie wychodziło mi to zupełnie i wszyscy to widzieli, ale nie przyszedłem się tam zwieszać, lecz zarabiać. No i zarabiałem. Zaczynaliśmy o 5 rano, pracowaliśmy na dachach w zimie, nosząc pustaki, ukladając stalowe maszty odbiorcze na krawędziach dachów. Pracowaliśmy bez żadnych zabezpieczeń. Tadek stwierdził, że robota z szelkami zabezpieczającymi będzie szła za wolno. Dlatego czasem, aby nie spaść z oblodzonego dachu, po prostu trzeba było się czegoś trzymać. Marzliśmy cholernie, praca w grudniu przez 10 godzin dziennie podczas zwiewającego cię z dachu wiatru ze śniegiem, dawała nam sporą dawkę motywacji do zmian w swoim życiu. Każdy z nas miał jednak dobry bodziec, a było nim obiecywane 13 zł netto na godzinę.

Było nas trzech: wysoki, szczupły milczek z Katowic: postać dla mnie dość tajemnicza. Patrząc na niego zacząłem rozumieć dlaczego to właśnie na Śląsku, pomijając uwarunkowania geologiczne, znajduje się tyle kopalń węgla. W pracy był gotowy wykonać każde, nawet najtrudniejsze zadanie. Nie przeszkadzał mu mróz, deszcz, zmęczenie był zacięty do granic. Drugi – gruby cwaniura, przeciwieństwo „milczka”. Do niedawna TIR-owiec, lubiący pogawędzić i poleżeć, podśmiewując się z pracowitości kompana i zaskarbiając sobie przez to, o dziwo, względy szefa, który też lubił pośmiać się z „milczka” i jego pracowitości. Byłem wreszcie także i ja, czyli zagubione dziecko, szukające zarobku na drugi semestr studiów. Żaden z nas nie miał podpisanej umowy, ryzykując codziennie swoje życie na oblodzonych dachach. Uparcie chcieliśmy wierzyć, że pracując tak ciężko na pewno zaskarbiamy sobie względy pracodawcy. Zresztą, umowy Tadzik przynieść miał lada dzień, a my postanowiliśmy nie naciskać szefa w kwestii formalności..

Pan Tadek był zadowolony, robota szła. Każdy miał jakieś zobowiązania – ja akurat studia i spłacenie czesnego. Wypłatę mieliśmy dostać dzień przed Świętami Bożego Narodzenia. Wszyscy aż zacierali ręce na myśl o tym co kupią swoim bliskim, wypłacane kwoty miały być bowiem spore. W dzień wypłaty, czyli w przeddzień Wigilii, Pan Tadek wysłał SMSa z informacją, że jest teraz zajęty spędzając święta z rodziną i że wypłaci pieniądze po świętach. Nie wypłacił. Dowiedziałem się w agencji pracy, przez którą dostałem tę ofertę, że im z kolei nie zapłacił za pośrednictwo. Pół miesiąca pracowałem za darmo, na święta zostając bez grosza.

Po tym wszystkim straciłem zupełnie wiarę w to, że w Polce może mi się udać, od tamtej pory moje relacje z pracodawcami w ojczystym kraju są już całkiem inne: podejrzliwe i raczej chłodne. Pracować jednak musiałem, pomimo usilnych prób żywienia się światłem lubiłem jeszcze czasem zjeść śniadanie.

Pojawił się on Amerykanin – Polak – Kanadyjczyk, właściwie człowiek multikulturowy. Coś dla mnie, myślałem, w końcu może ktoś kumaty – kto łyknął trochę świata i wie, jak to jest żyć i pracować normalnie – wie jak to jest być normalnym szefem. Właściwie byłem o tym przekonany. Nosił czapeczkę, krótkie spodenki i był prawdziwym kowbojem: pomimo braku licencji na wykonywanie zawodu, zatrudniania ludzi „na lewo” i nieposiadania zezwolenia Sanepidu na sprzedaż produktów spożywczych, od 3 lat radził sobie całkiem nieźle. Miał wypożyczalnię rowerów i robił wycieczki dla klientów z zagranicy. Pracowałem od 9tej do 16tej, stawka 5 zł/h, bez umowy na tzw szeroko pojętym „okresie próbnym”. W zamian za zaawansowany angielski i pełną dyspozycyjność. Byłem już wtedy doświadczonym wyjadaczem – wiedziałem, że pracując bez umowy pieniądze chcę dostawać codziennie – tak tez się umówiliśmy. Szło nieźle przynajmniej na początku. Praca wydawała się prosta. Byłem przyparty do muru, musiałem gdzieś pracować, resztkami sił łudziłem się, że Tadek zadzwoni i przepraszając mnie na mentalnych kolanach, odda mi moje pieniądze. Lecz chleb dalej nie taniał a moje buty i żołądek nie stały się zjawiskami eterycznymi. Marcel wydawał się być w porządku. Po jakimś czasie zorientowałem się, iż w istocie był to nad wyraz zgorzkniały, narzekający na wszystko człowiek – „wszystkim” byłem w tym przypadku ja. W momencie, gdy dochodziło do chwili wypłaty, robił to tak, jak gdyby ruchem dawania chciał mi te pieniądze odebrać. Całe wyluzowanie w tej chwieli pryskało, był skrupulatny co do 50 gr. Nie wiem czy była to manifestacja jego amerykańskiej biznesowej połowy, czy fantazyjnej słowiańskiej duszy. Po miesiącu pracy za 5 zł, będąc na każde skinienie mojego szefa, poczułem, że coś tracę. Spostrzegłem moich znajomych żyjących w Polsce i świetnie prosperujących. Myślałem, że to ze mną jest coś nie tak. Sprzedawanie tak tanio każdej bezzwrotnej godziny i tak krótkiego przecież życia wydawać mi się zaczęło profanowaniem samego siebie. Czułem się jak frajer, który na swoich plecach daje zarabiać innym. W końcu zwolniono mnie i zastąpiono nowym modelem. Nie byłem już w stanie z uśmiechem na ustach znosić ciągłych pretensji za to, że trzeba mi w ogóle za coś płacić.

Ostatnio już bez złudzeń co do możliwości pracy w Krakowie trafiłem na rozmowę kwalifikacyjną. Odbyła się w krakowskim hotelu, miałem być tam recepcjonistą, do moich obowiązków miało należeć: siedzenie na recepcji , pełna obsługa gości, mycie kibli, kuchni, pokoi + ścielenie łóżek. Na koniec po wyliczeniu wszystkich tych obowiązków Pani wymieniła kwotę 4zł /h

Nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak czy z rykiem pracy w Krakowie, przytoczyłem tutaj tylko parę bardzo rażących przykładów, były tez w miarę normalne propozycje. Nie jest to w żaden sposób jakaś objawiona prawda. Wiem jednak tyle, że nie ja jedyny miałem problemy ze znalezieniem normalnej pracy. Zdesperowani studenci z małych polskich miast przyjeżdżający do Krakowa na studia chwycą się każdej szansy, aby zostać w „magicznym mieście”. Doskonale wiedzą o tym pracodawcy, wiedzą to też właściciele mieszkań i tak kółko się zamyka. Pomimo ciągłych zapewnień o wysokości średniej krajowej i jej wzroście, w rzeczywistości tego nie widać - owszem może i coś wzrasta, lecz proporcjonalnie rosną ceny mieszkań i wynajmu.

Po tym wszystkim może miałbym się czym przejmować, ale nie jestem głupi i wiem, że nad każdym moim posunięciem finansowym czuwają specjaliści z Colgate o zdrowie dbają najlepsi farmaceuci, a nad bezpieczeństwem czuwa PZU.

Konrad Stachnio

Kategorie: Uncategorized
Otagowane: , , , , , , , ,

2 odpowiedzi jak dotąd ↓

  • Stara Anka // sierpień 31, 2008 @ 10:06 am | Odpowiedz

    Odnoszę dziwne wrażenie, którego nie opisze…chocby ze względu na przysłowiowe “było, minęło”…Jednak pragnę wyrazic pełne uznanie…Może wirtualną formę monologu przełóż na tę tradycyjną? Myślę, że warto spróbowac…milionów nie prognozuję, jeśli wydawana byłaby ona w Polsce, jednak…jeśli czujesz samo realizację przy tym, to myślę że warto spróbowac. Na pewno życzę powodzenia młody:)

  • agnihotra // sierpień 31, 2008 @ 12:54 pm | Odpowiedz

    Witaj stara babino mądra i doświadczona Stara Anko. Cu żeś tu rzekła toć wszystko prawą najwłaściwszą jest i dobrym znakiem to dla mnie, przeto że z twoich to ust ona to padła na me serce.
    Piszę pisze, a co z tego wyjdzie to się kiedyś może zobaczy.
    Pozdrawiam Stara Ankę
    A jakie to wrażenie odnosisz?którego nie opiszesz?

Dodaj komentarz