Więzienie. Sala przymusowej bezrobotności, przedzielona tzw. “balaskami” na dwie części: na lewo nie ma nic, na prawo – wspaniale urządzony warsztat szewski. W środku na podwyższeniu, odgrodzona ozdobnymi kratami od reszty sali, katedra dla prokuratora, za nią drzwi, a nad nią witraż, przedstawiający “błogosławieństwo pracy zarobkowej” – może być zupełnie niezrozumiała kubistyczna bzdura – wyjaśnia ją widzom powyższa nazwa, wypisana ogromnymi literami. W lewej części sali błądzą szewcy z I aktu jak głodne hieny. Czasem kładą się lub siadają na ziemi – w ruchach ich widać pierwotne umęczenie nudą i brakiem pracy. Często drapią się i drapią jedni drugich w plecy. Na lewo stoi u drzwi Strażnik, zupełnie normalny, młody, byczy chłop w zielonym mundurze. Co chwila rzuca się na któregoś z szewców i mimo oporu wywleka go przeze drzwi, po czym zaraz prawie władowuje go na powrót…. czytaj dalej
STRAŻNIK wskazując w głąb sceny ręką
Jest to sala programowego bezrobocia w celu udręczenia osobników żądnych pracy. Witraż ten (wskazuje w głąb) przedstawia właśnie na złość błogosławieństwo pracy zarobkowej. Więcej nic do powiedzenia nie mam i do mówienia nikt mnie zmusić nie zdoła. Prostytutki miłosierdzia zostały u nas surowo zakazane. Ludzkość się rozwydrzyła – jeśli tak nie damy rady, wrócimy oficjalnie do tortur.
SAJETAN łapie się za głowę
Praca, praca, praca! – Byle jaka niech se będzie, ale niech będzie. O Boże! To jest – ach, już nic nie wiem. Boli mnie tak na wątpiach od tego przymusowego lenistwa, jakbym ogniem żądzy pracy cały był wypełniony. Może ja źle to powiedziałem? Ale co robić? Co robić?
I CZELADNIK
Najpiękniejszej dziwki mi się tak nie chciało jako teraz tych zydlów i narzędzi. Ja się chyba wścieknę! To jest banalne, psiajucha. Co to więzieniem można z człeka zrobić. Nikiej Wajld albo Werlen się przemieniłem i to bez nijakiego nawrócenia – och, och!
II CZELADNIK
Teraz ja: pracy dajcie, bo zwariuję i co będzie wtedy? Co bądź: pantofle dla lalek, kopyta dla sztucznych zwierząt, urojone sandałki dla nigdy niebyłych Kopciuszków! Och – robić – co to było za szczęście! A nie docenialiśmy go, gdy było go po pas i w bród. O – na ten tryjont Boży – za wiele męki na nas, którzyśmy i przedtem niewiele mieli. Kaśka, gdzieżeś ty? I nigdy już!
SAJETAN
Cichojcie, chłopcy. Mówi mi sama największa intuicja, że może być niedługie ichnie panowanie: coś stać się musi, a kiedy… (Na Czeladnika I rzuca się Strażnik i wywleka go na lewo mimo krzyków i protestów; Sajetan kończy jak gdyby nigdy nic) Nie mogę uwierzyć, żeby tak straszna siła, jak nasza, zgniła bezwładnie.
II CZELADNIK
A iluż tak wierzyło i zgniło. Życie jest straszne.
SAJETAN
Mówisz banały, kochanie.
II CZELADNIK
Banały i banały. Prawdy największe są też banalne. Już nic na pokaz dla samych siebie z wątpiów naszych nie wydostaniemy. Zanudzić się w nieróbstwie programowym na śmierć, będąc odżywianym na siłę czterdziestu byków. To ohydne! Wyście starzy, ale mnie się wyć chce i przyjdzie czas, że się na śmierć zawyję. A życie mogłoby być takie piknę, takie straśnie fajne: z Kaśką po całym dniu nieludzkiej pracy wyrżnęlibyśmy sobie po dużym piwie!