Bylem – stoje gdzies przy ubikacjach.
1 Kwietnia Bank Station godz 16. Jest masa ludzi. Wygląda to jak sceny z filmu o ostatnich dniach na Ziemi. Drogi prowadzące do protestujących są zablokowane przez policję. Jesteśmy w środku demonstracji: walające się śmieci, a wokół banki, wieżowce, szacowne instytucje… Odgłosy jakichś przemowień wygłaszanych przez magafon mieszają się z krzykami ludzi i muzyką. Nad wszystkim przez cały czas krąży policyjny helikopter. Po placu jeździ coś na kształt wózka (tzw. „platforma), z którego puszczana jest muzyka: breakcore, dnb i jungle. Ludźmi z tejże platformy kierują kobieta i mężczyzna przebrani za policjantów. Nieopodal odbywa sie regularny rave – stoją glośniki, ludzie tańczą.
Z dachu jakiegos budynku, być może banku, obserwują nas ludzie w garniturach i prasa, padają słowa, że „to bankierzy przy kawie ogladają przedstawienie”, jakiś człowiek twierdzi, iż policja robi zdjęcia i filmy i po pół roku ni z tego, ni z owego, zostaniesz zaaresztowany . W pewnym momencie widzę jakichś ludzi – pracowników wychodzących z jednego z banków wprost w środek tłumu – są wygwizdywani i da się słyszeć: “Bankers are wankers”. Kukły, mające przedstawiać bankierów, wiszą na słupach, są wieszane na szubienicach, zaś w pewnym momencie widzę jak jeden taki „sztuczny bankier” zaczyna sie palić na ziemi…
Jesteśmy otaczani przez policję coraz ciaśniej i częściej Dźwięki muzyki mieszaja sie z krzykami, zarówno demonstrujących, jak i policjantów. Gdy policja znów zacieśnia krąg, platforma z muzyką wędruje już w inne miejsce. Za nią zmierzają tańczący ludzie. Nie było w tym nic wymuszonego – adrenalina, emocje, świadomosc tego, że jesteśmy okrążeni, powodowały, że muzyka działała na nas ze zdwojoną siłą: tam, gdzie się pojawiała ludzie błyskawicznie zaczynali śmiać się i tańczyć, tworząc krąg wokól głośnika. Byliśmy w transie. Pomimo tego, że z każdej strony słychac było krzyki, im bardziej one do nas docierały, tym bardziej wchodziliśmy w taniec i muzykę, tym więcej ludzi zaczynało tańczyc, właśnie ze względu na tę świadomość było to takie przyjemne: swiadomość, że jesteśmy w tym momencie „poza”.
Ludzie próbują wyjść z okrążenia: jedni grupą biegną w kierunku kordonu policji i siłą rozpędu udaje im się wyjść z „pułapki”. Inni dyskutują z policjantami w nadzieji, że ci odstapią od swoich wytycznych. Przy stacji metra grupa protestujących tworzy barykady z matalowych barierek. W pewnym momencie widzę, jak podnoszą jedną z nich w górę i rzucają nią przed siebie. Zaczyna się popłoch, kordon z całej siły rzuca się na demonstrantów, ale też na przygladający się tłum, w którym stałem. Niektórzy w pośpiechu starają się wyrwać ciężkie metalowe łączniki barierek oddzielających policje od demonstrantów…
Nikt nie wyszedł, wszyscy dalej jesteśmy „w środku”. Policja przesuwa się nadal w kierunku serca manifestacji.
Nie mogąc wyjść ludzie dryfowali od reve’owych bitów, do obrzeży tłumu, gdzie odbywały się czasem konfrontacje z policją.
W pewnym momencie zauważyłem, że przyszła nam z pomocą inna demonstracja – oddzielał nas od niej kordon policji. Było to przesympatyczne uczucie: skandowano, żeby nas wypuścić, a my krzyczeliśmy to samo odnośnie ich. Jakaś kobieta weszła na barierkę i zaczęła grać na saksofonie. Ludzie chcieli sie połączyć, być razem, poczuć. Pokazało to jak bardzo mamy w sobie cały czas tę potrzebę, tę chęć bliskości z innymi ludźmi. Symboliczym było to, że rozdzielała to wszystko policja – coraz bardziej nas dzieląc, tak aby ostatecznie – zupełnie kontrolować.
Nie wiem, jak potoczyłaby się ta demonstracja, gdybyśmy nie byli okrążeni. Być może wszystko rozeszłoby się po kościach – z braku represjonującej siły, ludzie po prostu potańczyliby trochę, pobyli ze sobą i rozeszli się – nie wiem. Wiem natomiast, że świadomość tego, że ktoś wbrew Twojej woli (i „dla Twojego dobra” oczywiście) okrąża Cię, a potem popycha i bije – powoduje, mówiącc eufemistycznie, lekkie „poddenerwowanie”.
Oczywiście można powiedzieć, że to anarchiści są wszystkiemu winni, że gdyby nie wybili szyby, policja byłaby spokojna i pomagałaby ludziom. Owszem – widziałem wśród demonstrujących naprawdę niezbyt przyjazne twarze, nie mające nic wspólnego z anarchizmem. Twarze ludzi bedących tam tylko po to, żeby coś zdemolować lub dla niecodziennych emocji. Było trochę i takich „demonstrantów”.
Po tym jak wypuszczono nas z Bank Station – pojedynczo i bez nakrycia głowy, część ludzi rozeszła się, mając dość, część spotkałem na Liverpool Station i pomimo wielkiej ilości osób – rozpoznawałem juz twarze. Było spokojnie, ludzie stali, pijąc wino (piwa w tym dniu nie sprzedawano, co też wydaje się dość zabawne), ogólnie była to bardziej fiesta. Jakiś sześćdziesięciolatek gra na skrzypcach, namioty są rozstawione na ulicy, część osób siedzi w kucki i pije herbatę przy ognisku. Jest już ciemno, w parku nieopodal leży jakas gupa – grają na gitarach, rozmawiają. Wszyscy patrzymy na to, co dzieje się po drugiej stronie kordonu, który odgradza nas od głównej manifestacji, otoczonej z każdej strony przez policję tak, aby nikt nie mógł wejść ani wyjść.
Policja zaczyna spychać nas coraz dalej od głównej manifestacji, w pewnym momencie zaczyna biec w naszym kierunku, popychając i bijąc, każdego, kogo spotyka na drodze – nie wykluczając ludzi stojących na przystankach. Nie zapomnę twarzy pewnego Anglika, który z dwoma kolegami, widząc, co się dzieje, stwierdził, że przecież on nie jest demonstrantem i policja go przepuści. Jakież było jego zdziwienie, gdy razem z kolegami zaczął być okladany tarczami i pałkami po plecach… Jeden z nich mial okazję partycypować w proteście, wyjmując leżącą dziewczynę, po której razem z rowerem, przeszli policjanci – wyciągał ją spod ich nóg… Nie była to sytuacja wyjątkowa, gdy policja atakowała postronnych ludzi. Standardowa procedurą było spychanie i pałowanie każdego, kto znalazł się na drodze, nawet jeżeli wychodził akurat z pracy. Podobno tak właśnie stało się w przypadku śmiertelnej ofiary tych dni, która po wyjściu z pracy przez przypadek, dosłownie i w przenośni, „stanęła” na drodze policji… Po paru ciosach tarczą, człowiek ten zmarł na zawał serca… Nie są to zapewne informacje potwierdzone.
Jest około 23, Bishop’s Gate – centrum Londynu. Ruch jest zablokowany, nad wszystkim lata policyjny helikopter. Policja spycha tłum coraz dalej od centrum. Spychani i bici demonstranci krzycza “Auschwitz, Aushwitz”!, lub “Schame on you”!. Ludzie po obu stronach drogi wychodzą z hoteli, sklepów, nie wiedząc, co się dzieje. Widzą „latające” nad głowami butelki. Kierowcy TIR-ów i osobówek zatrzymują się, nie wychodzac z samochodów – nie mają dokąd uciec, znajdując się w środku wydarzeń – po prosu są… Demonstrańci przebiegają między samochodami, klepiąc je, inni cały czas probują jeszcze robić zdjęcia lub kręcić, choć jest to coraz trudniejsze w ciągłym biegu.
Faktycznie: był to niecodzienny widok jak na Londyn. Może jeszcze w centrum było to normalne, ale tutaj, gdy znaleźliśmy się na jego obrzeżach, gdzie nikt nie myslał nawet o proteście i większość grzecznie piła piwko – raczej nie. Wylansowana młodziez wychodzi z knajp, nie wiedząc, co sie dzieje. Modnie ubrane dziewczyny i chłopcy, stojący w kolejkach do nocnych klubów na Shoreditch lekko oniemieli, gdy zauważyli biegnący w ich stronę tłum i policję. Jakby dwa przeciwstawne światy spotykały się w tym momencie, bezpardonowo przypominając o swoim istnieniu, w korowodzie drinków i imprez. Na jednym końcu ulicy stoimy my, na drugim policja. Ktoś z „obcym” akcentem pyta w biegu, czy ten kraj ma kamienie – faktycznie, w Londynie nie ma kamieni. W końcu pytający znajduje worek z butelkami. Paru ludzi rzuca się do tego worka, ale nie ma na to czasu – policja znów z hukiem okrzyków biegnie w naszym kierunku. W oczach ludzi można wyczytać strach, pulsujące życie, emocje, ale i wielka satysfakcję….
W pewnym momencie pomyslalem ze jak tak dajej pojdzie to demonstracja dojdzie pod moj dom;)
Nastepnego dnia o 9 rano na sklocie obudzil mnie lomot – ktos staral sie wywazyc nasze drzwi. Zaczely sie krzyki: dzwoncie na policje! dzwoncie na policje! Uslyszalem za dzwi “I am the police”, gdy kolega krzyknal do walacego taranem policjanta (z calych sil powstrzymujac drzwi rekami przed tym aby nie rozlecialy sie w droby mak) – ze nie ma prawa tego robic (co jest prawda) ten przestal i znikl, potem wyszedl aby porozmawiac z kobieta z hausing association na zewnatrz. Gdy na koniec powiedzielismy policjantowi ze wybil nam okno i w ten sposob zlamal prawo ten odpowiedzial nam machajac do palcem “silenc this is England”. Po tym i tym cczego doswiadczylem dzien wczesniej zrozumialem to co kiedys uslyszalem o tym kraju “Anglia to Panstwo policyjne”.
Był to zaledwie jeden dzień, a raczej popołudnie tej manifestacji. Można zapytać: czy to wszystko miało jakikolwiek sens? Można powiedzieć, że gdybyśmy siedzieli w domu, to nic złego nikomu by się nie stało, a zmarły 47-letni Brytyjczyk mógł przecież nie pałętać się tam, „gdzie nie trzeba”. Można całą winą oczywiście obarczyć anarchistów. Jednak ci, którzy tam byli, widzieli, ile jest w ludziach frustracji, ile emocji, ile przemożnej chęci zmiany tego, w czym obecnie uczestniczymy, ile radości, ile smutku, ile życia i w większości ludzie ci nie mieli nic wspólnego z anarchizmem.
Czy coś z tego pozostało?
Rano, gdy jechałem metrem przez centrum, wysiadłem na Bank Station – myślałem, że pomyliłem stacje. Nie było śladu po demonstracji. Słynna wybita szyba w banku została wstawiona jeszcze tej samej nocy. Nie ma to jednak większego znaczenia – liczy się moment, kiedy tam jesteś i czujesz, że razem z innymi ludźmi wyrażasz swoją wolę. I nie chodzi mi tu o demolowanie sklepów czy banków, a o to, że po prostu jesteś i tak jak setki innych tam zebranych chcesz decydować o swoim, przecież nomen omen “własnym” życiu.
Kwiecien 2009